Twilight - Poznaj Vampirzy Urok!
Wrzesień 09, 2010, 13:56:29 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: ''Miłość może być wieczna...''
 
   Strona główna   Pomoc Szukaj Kalendarz Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Chwilowo Bez Tytułu  (Przeczytany 208 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
Peepsyble
Narwany Chochlik? <3
Administrator
Vegetarianin
*****

Reputacja +102/-6
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiadomości: 406



WWW
« : Maj 16, 2009, 09:24:47 »

Uff. No to jakoś poszło.

Od razu wyjaśnię - przyznaję się, pisze w stylu i moje FF ma w sobie pewne rzeczy - bohaterów przede wszystkim, pochodzące z książek Joanny Chmielewskiej. Żeby nie było...

Zbetowane przez kochaną Shirę!

Chwilowo Bez Tytułu

Czyli poprawione po mieszance jedzeniowej, buraczkach, rumianku i posterunkowym Groshku.

Rozdział I

Już od dobrych kilku dni kłóciłam się z Diabłem. Wszystko przez te cholerne wyścigi. Co prawda to prawda, teoria Cathy twierdząca, że na wyścigach wygrywa się za pierwszym razem, a za kolejnym wręcz przeciwnie, sprawdzała się znakomicie. Aczkolwiek zdarzały się wyjątki. Rzadko, ale jednak.
Tak właśnie stało się kilka dni temu. Blakely wystawiła Clemence - swoją nową klacz, która okazała się wspaniała. Dała mi cynk (Blakely, nie Clemence), że koń ma pierwsze miejsce jak w banku, zwłaszcza przy pieniących się już na padoku ogierach. Widziałam ją na własne oczy i chamstwem byłoby na nią nie postawić.
Zagrałam porządek Clemence - Droppy* (nie mam pojęcia, jak można tak nazwać potężnego ogiera), bo ten, jako jeden z niewielu wyglądał obiecująco. Od razu mogę powiedzieć, że Clemence wygrała o dwie długości, chociaż dżokej prowadzący Clemence musiał się nieźle spocić, gdy ta prawie wyłamała się na zakręcie.
O mało szlag mnie wtedy nie trafił, bo Anthony, zwany przez nas (mnie, Cathy i resztę naszej paczki) Antosiem, czego strasznie nie cierpi, wykrzykiwał "Dawaj, Bobby!" i był tak przerażony, że nawet nasze "Zamknij się, Antoś" nie dawało rezultatów. O dziwo, tak się przejął, że przestał nam rzucać wściekłe spojrzenia. W końcu pogodził się z przegraną i nie odzywał się do końca dnia, na swoje szczęście. Cathy omal mu oczu nie wydrapała za tego Bobby'ego.
Ale wróćmy do rzeczy. Można by się spierać, kto jest bardziej wkurzony - ja, czy Diabeł. Mianowicie on jest wściekły, bo uważa, że mogłam stracić "jego" majątek grając Clemence. Natomiast ja jestem oburzona, bo miesza się w nie swoje sprawy i zatruwa mi życie. Krzyż pański z tym Diabłem, że pracuje jako adwokat. Ma bardzo dobre znajomości w milicji i nasyła na mnie swojego zaprzyjaźnionego majora.
Jak tylko wróciłam do domu, wyleciał jak z pieprzem z sypialni i z naburmuszoną miną zaczął mi zwymyślać.
- ... podobno na tych wyścigach zachowywałaś się jak jakaś wariatka. Postawiłaś na jakiegoś Cam...
- Clemence! - wrzasnęłam z drugiego pokoju. - Nazywa się Clemence i to jest klacz!
- ... wszystko jedno. Nawet nie była pewnym koniem...
- Pewnym koniem! Też mi coś. Ona była najpewniejsza na całym torze...
Diabeł prychnął pogardliwie.
- W każdym razie - zaczął po chwili, nieco już uspokojony. - Gdzie jest moja kasa?
- Twoja kasa? - warknęłam . - TWOJA?!
- Ano moja. Jesteś mi winna.
- Ja ci jestem WINNA?! Wypchaj się sianem.
- Moje oczekiwania...
- A w buty wsadź te swoje oczekiwania. Nie oddam. Wydałam. - Mocno zirytowana, powoli zaczynałam trząść się z furii.
Diabeł zaniemówił. Zbladł, a oczy prawie wyszły mu z orbit. Nagle zaczął się jąkać.
- Jak... jak to? Wydałaś... całe te pieniądze?
- Oczywiście. Na buty z krokodyla.
- ŻE CO?!
- Na buty z krokodyla. I torebkę. - Odparłam wyniośle przewracając oczami.
- Chryste Panie, zwariuję przez ciebie... - Diabeł wyglądał, jakby miał sobie zacząć rwać włosy z głowy. Wyleciał z salonu.
- Oczywiście, kochanie. - Prychnęłam pogardliwie i ruszyłam do kuchni. - Oczywiście...
Rzecz jasna, wcale nie wydałam tych pieniędzy. Wmówiłam mu, żeby się odczepił, inaczej nigdy by mi nie dał spokoju. Nie miałam zamiaru roztrwonić takiej kasy za jednym razem. Ale żebym wtedy wiedziała, ile kłopotów to sprawi...

* * *

Na wyścigach znowu musiałam starannie poinstruować Antosia, bowiem dołączył do nas dość niedawno i jeszcze nie zdążył załapać wszystkiego. Po raz kolejny doradzałam mu, który koń może wygrać.
- To fuks! - wrzasnął potężnie, gdy wybrany przez niego ogier wygrał.
- Jaki tam fuks! - skarciłam go. - Prawie cały tor go gra.
Antosiowi nieco zrzedła mina.
- Nie martw się - pocieszyłam go. - Następnym razem będzie lepiej...
Antoś pomarudził jeszcze chwilę, ale ja już przestałam go słuchać. Miałam ważną sprawę do załatwienia. Mianowicie, tego dnia przywieźli na bazarek duńskie buraki. Uwielbiałam je nieziemsko. Strasznie się cieszyłam, bo taka okazja zdarzała się tylko dwa razy do roku, a schodziły bardzo szybko. Nie miałam zamiaru odpuścić, więc zbierałam się do wyjścia, by zawczasu kupić parę kilo, zanim wszyscy się rzucą na nie jak wściekli.
Urwałam się z wyścigów i popędziłam na bazarek. Kupiłam buraczki i już miałam wrócić do samochodu, gdy ujrzałam widok straszliwy. Przez główną ulicę rynku, leciała dosyć młoda, ładna blondynka, zapewne młodsza nieco ode mnie, wywijająca czerwoną torebką. Z daleka było widać, że minę miała przerażoną. Torebka okazała się pechowa - główna ulica bazarku nie była zbyt szeroka i kobieta zaczepiła nią, torebką rzecz jasna, o stoisko z owocami.
Wszystko wydarzyło się dosłownie w kilka sekund, ale zjawisko to wyglądało niezwykle. Kilka dużych grejpfrutów spadło na ulicę i przeturlało się kilka metrów dalej. Owoce z impetem wpadły na ogromny kosz z jabłkami postawiony na niezbyt mocnych drewnianych nogach. Nogi się złamały i cały kosz się przewrócił. Wszystkie jabłka rozsypały się po całym bazarku.
Dzięki turlającym się wokoło owocom przewróciło się jeszcze kilka, choć na szczęście niewielkich koszyczków.
Chyba jako jedyna w okolicy zwróciłam uwagę na kobietę. Miałam czas, a zaciekawiła mnie, więc zatrąbiłam na nią. Popatrzyła w moją stronę i z obłędem w oczach rzuciła się do drzwiczek pasażera.
- Błagam, niech mnie pani zawiezie na Barniewicką! - wybełkotała i wpadła do środka, gwałtownie zamykając drzwiczki. - Szybko!
Proszę bardzo, czemu nie. Ruszyłam z piskiem opon, dosyć gwałtownie, bo jej nerwowy nastrój jakoś dziwnie mi się udzielił.
- Proszę pani... - zaczęła kobieta. - Przepraszam panią, za to zamieszanie... dziękuję bardzo, uratowała mi pani życie... nie wiem jak mam pani dziękować...
- Nie trzeba - odparłam dobrodusznie. - Co się pani stało? Goniło panią co?
- Można i tak... nie...! Znaczy... no... może tak. - dziewczyna zaczęła się nieco jąkać. - Och...
Ni z tego, ni z owego, zaczęła mi opowiadać wszystko od początku.
Otóż ciotka jej umarła i zostawiła całkiem niezły spadek. Spadek, jak spadek, jakąś małą część trzymała w domu. Schowała i na jakiś czas zapomniała.
Po jakimś czasie spotkała dosyć miłego, przystojnego i dobrze wychowanego mężczyznę. W jakichś tam.... nie pamiętam dokładnie w jakich okolicznościach, w każdym razie miała jakieś problemy i on pragnął jej pomóc. Czemu nie, zgodziła się, bo zresztą nieczęsto spotyka się przyzwoitych facetów. Zaprzyjaźniła się z nim. Pracował u niej w domu, chyba w remoncie pomagał. Kilka miesięcy u niej był, bajerował ją, aż w końcu znikł niezauważony, a wraz z nim i spadek, a konkretnie ta część trzymana w domu. Spadek trzymała w starej skrytce w podłodze, a skrytka przykryta była średniej wielkości komodą.
Wracała raz z pracy do domu, mieszkanie miała na parterze. Już stała przy drzwiach, gdy rozległ się huk. Wleciała do środka i tylko mignęła jej brązowa czupryna, ale to wystarczyło, by rozpoznać owego mężczyznę.
Jedyne, co pozostało, to straszny bałagan w salonie, skrytka otwarta i pusta, a komoda przewrócona. To wszystko, co wiedziała.
Ale to nie koniec, bo dzisiaj wracała od kuzynki. Niby jasno jeszcze było, słońce świeciło, ale uliczki między starymi domami na osiedlu i tak były ciemne. Na swoje nieszczęście jedną musiała przejść i tam właśnie spotkała złodzieja. Mężczyzna przycisnął jej nóż do gardła grożąc, że jak piśnie komuś słówko o kradzieży, to może się przeżegnać, ale ona gdy była małą dziewczynką uczyła się sztuki walki. Rąbnęła faceta zdrowo, zanim ten w ogóle zdążył skończyć swoją przemowę i świńskim truchtem runęła prosto na bazarek. Na tym koniec.
Dodała jeszcze tylko, że nazywa się Andy Malley i że zamierza pójść na milicję. Poparłam jej pomysł i od razu zaproponowałam, że zawiozę ją na posterunek.
Andy polubiła mnie widać od razu i prawie rzuciła mi się na szyję. Wyglądała cały czas na zdenerwowaną, ale zaczynała się już uspokajać. Ja zamyśliłam się głęboko. Cała sprawa zaczęła mnie interesować. Spojrzałam na zegarek i przypomniałam sobie o obiedzie dla Diabła. Krew we mnie zawrzała; nie zamierzałam zrezygnować z ciekawego wieczoru tylko dla zaspokojenia żołądka mojego nadętego męża, co to to nie. Pojechałyśmy na posterunek...

* Dropping - Bobek.
Zapisane

Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Powered by SMF 1.1.11 | SMF © 2006-2008, Simple Machines LLC | Sitemap
Strona wygenerowana w 0.065 sekund z 18 zapytaniami.

Darmowe Fora | Darmowe Forum